Artykuły

Maoryski tatuaż w formie biograficznej noty

Nowa Zelandia za sprawą Petera Jacksona kojarzy nam się z „Władcą Pierścieni” i zielonymi wzgórzami, od których nie można oderwać wzroku. Za sprawą zamieszkujących ją Maorysów zaś z tatuażami, które ogromną popularnością cieszą się dziś na całym świecie. Ta moko – tradycyjne „malowidło” zdobiące twarz to coś więcej niż tylko ozdoba. To znak plemiennej identyfikacji i krótka opowieść o samym sobie.
 

Europejskie fascynacje obcością

Moko to plemienne tatuaże, finezyjnie powykręcane linie, które szczelnie okrywały niegdyś twarze maoryskich mężczyzn. Już pierwsi Europejczycy obok tych osobliwych ornamentów nie potrafili przejść obojętnie. Oblicza tubylców, przypominające nieco facjaty demonicznych bogów, przerażały ich, ale i fascynowały jednocześnie. Stąd pewnie na czarnych kartach kolonizatorskich dziejów maoryskie spreparowane i wytatuowane głowy zapisały się jako swoiste trofea. Biali oszaleli na ich punkcie w latach 20. XX wieku – z chęcią pakowali je do walizek, czyniąc z nich pamiątkę z egzotycznej podróży. 
 
Dziś maoryskie tatuaże wciąż przyciągają uwagę, choć oczarowanie to przybrać zdołało bardziej wysublimowaną formę. Nowozelandzkie tradycyjne zdobienia uchodzą za niezwykle efektowny sposób trwałego dekorowania ciała. Tatuażyści w salonach na całym świecie wykonują tysiące tatuaży opartych na motywach tych plemiennych wzorów. 
 

Ta moko i tradycyjne techniki tatuażu

Igły i tusze do tatuowania na Nowej Zelandii zagościły dopiero po 1930 roku. Narzędzie, za pomocą którego w sposób tradycyjny sporządza się maoryski tatuaż to uhi – dłuto wykonane najczęściej z kości albatrosa. Te idealnie nadają się do tego zadania ze względu na swą porowatą strukturę. Dobrze chłonie ona barwnik, co pozwala artyście na swobodne prowadzenie długich linii. Farby pozyskiwano ze składników naturalnych. Większość z nich sporządzano z popiołu drzewnego zmieszanego z olejami lub zwierzęcym tłuszczem. Każda z technik tatuowania, jaką się posługiwano, łączyła aplikację pigmentu ze skaryfikacją, czyli wyryciem głębokich bruzd w twarzy. Maoryski tatuaż nigdy nie stanowił więc gładkiej powierzchni.
 

Twarz w papilarnych liniach

Niegdyś na Nowej Zelandii każda naniesiona na twarz kompozycja była zupełnie unikatowym dziełem. Tatuażu nie wybierano wedle upodobań z dostępnych katalogów. Nie był on seryjną produkcją, a raczej biograficzną notą wiele potrafiącą powiedzieć o noszącej go osobie. Imię, profesja, pochodzenie, pozycja społeczna i informacja o sile duchowej to tylko niektóre wiadomości, jakie wyczytać można było z tej otwartej księgi. Dodatkowo moko tak umiejętnie współgrać musiał z rysami, by wzbudzał strach w przeciwnikach na polu walki i jednocześnie pożądanie u kobiet. Tworzenie nie mogło się tu obyć więc bez wstępnego anatomicznego studium twarzy.
 

Z dawnych legend

Sztuki tatuowania ciała Maorysów nauczył wódz Mataora, który sam umiejętność tę nabył w czeluściach podziemnego świata. Nowozelandzka historia przypomina nieco losy Orfeusza i Eurydyki, choć opatrzona jest nieco bardziej brutalnym otwarciem. Ukochaną żoną Mataory była Niwareka – kres sielskiemu żywotowi tych dwojga położyła nieokiełznana porywczość młodego męża. W napadzie złości uderzył on Niwarekę, ta w odpowiedzi uciekła do podziemnego królestwa swego ojca – Uetonga. Wódz nie wahając się długo, przegnał wszelkie lęki i ruszył na poszukiwanie ukochanej. Tam, w świecie, do którego dziś nikt z żywych nie ma już wstępu, teść pokazał Mataorze, jak wykonywać moko – znane dotąd tylko bogom zdobienia twarzy. Na ziemię władca sprowadził więc Niwarekę, śmierć i  maoryskie tatuaże.

Piekiełko używa cookies i podobnych technologii

brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to czytaj więcej…

rozumiem