fbpx

Recepta na udane małżeństwo

Recepta na udane małżeństwo

Poruszyło mnie jedno zdanie, wypowiedziane przez księdza podczas kazania. Nie należę do osób religijnych i kościoły staram się ignorować. Tym razem jednak nie wypadało odmówić i uczestniczyłam we mszy. I to jedno zdanie mi utkwiło w pamięci. Ksiądz opowiadał historię staruszki, która obchodziła jubileusz 50-lecia zawarcia sakramentu małżeństwa.

Była ponoć najszczęśliwszą staruszką, jaką można było spotkać. Ksiądz ją zapytał, jaka jest jej recepta na udane małżeństwo. Odpowiedziała, że jedyne, co należy robić to dbać o szczęście drugiej osoby. By ta druga strona zawsze była szczęśliwa. Prosta recepta, nieprawdaż? Jednakże tak straszliwie nieosiągalna, daleka od możliwości realizacji.

W jaki sposób moglibyśmy dać szczęście drugiej osobie, naszej drugiej połówce pomarańczy, czy jak to się tam zwie, skoro nie mamy czasu. Pochłania nas praca, do późnych godzin nocnych, poświęcamy jej wszystko. I brakuje nam sił, by uśmiechnąć się do "żony", by powiedzieć jej miłe słowo. A ona go potrzebuje. Pieniądze nie wystarczają a raczej  Wystarczają tylko osobom małostkowym i niedojrzałym emocjonalnie. Osoby, które naprawdę się kochają potrzebują nie tylko pieniędzy, potrzebują też być ze sobą, potrzebują czuć, że są razem i razem potrafią iść przez życie, dawać sobie radość każdego dnia. Smutek też. Cierpienie również. Czasem złość. Niezadowolenie. Ale też pewność, że trudności uda się przezwyciężyć.

Strona, który jedyne, co potrafi dobrze zrobić, to przynieść pieniądze, jest de facto do niczego. Musi jeszcze umieć i co najważniejsze - chcieć - dostrzegać grymas bólu na twarzy drugiej osoby, uśmiech radości na swój widok, zawahanie w oczach, niemą prośbę zawieszoną w powietrzu. Wszystko to, co tak ciężko przychodzi komuś praktycznemu  w zetknięciu z niewidzialnym pyłem emocji i uczuć. Ocieram się o banał pisząc o tym. Wiem. Każdy to wie. Każdy dostaje takie same recepty na szczęście w swoim życiu. I potem je marnuje. Zapomina o nich. Topi je w alkoholu. Daje się opanować złości i wylewa swoje upokorzenia na skórze "żony". Tej, której pewnego pięknego, słonecznego dnia obiecywano, że będzie najukochańszą w zdrowiu i szczęściu, chorobie i nieszczęściu. Przykro się patrzy na takie przypadki. Oby nie zdarzały się nigdy. Nikomu. A pary niech żyją w szczęściu i zdrowiu przynajmniej tak długo by doczekać złotego jubileuszu. Jak wspomniana dziś przez księdza staruszka.