fbpx

Pogranicze Normy

Pogranicze Normy

Pogranicze Normy - uwagi na marginesie teatru Warlikowskiego
Nowoczesny świat – w jakim ponoć żyjemy – to świat rozumu, wolności, sprawiedliwości, równości. Świat postępu, rozwoju. W założeniu ma być coraz lepiej, coraz doskonalej, coraz przyjemniej. Niekończący się postęp oraz triumf racjonalności. Koniec historii. A Holokaust? Czy lekcja triumfu nienawiści nieco przyciemniła ten bajeczny obraz radosnego rozwoju?

 

Oczywiście, że nie! Rozum dalej niezwyciężony, to tylko drobne „błędy i wypaczenia”. Ludobójstwo w środku „cywilizowanej” Europy nie zachwiało wiary rzeczników nowoczesnego wszechpostępu w to, iż „cel jest bliski”, że konstruowanie nowoczesnej, sprawiedliwiej przestrzeni społecznej jest tuż, tuż. Poczytajcie Habermasa. On nadal w to wierzy. Wiara, powiadają, czyni cuda, więc może...
Tymczasem jednak w środku minionego wieku Michel Foucault uderzył w sam fundament tej wiary: w dogmat o autonomicznym podmiocie. Ogłosił „śmierć człowieka”. Człowiek nie jest podmiotem historii.

Człowiek nie jest podmiotem. Człowiek nie jest w ogóle – człowiek staje się wciąż od nowa jako „efekt inskrypcji” – efekt zapisania mu, implantowania mu tego, jak i co ma myśleć: o sobie, o rzeczywistości, o innych. Człowiek nie „staje się”. Człowiek „jest stawany” w kłączach procesów przemocy. Sens każdej i każdego z nas pochodzi spoza nas samych, jesteśmy „pikowani” – nakłuwani – sensem, który uczynić ma z nas bezwolne roboty, posłuszne Normie. Foucault wyjaśnił ten proces w Nadzorować i karać: stawanie się człowieka to jego ujarzemienie: wytworzenie w nim takiego ja, które od wewnątrz będzie sterowało jego myślami, czynami, pragnieniami. Oto różnica pomiędzy przednowoczesną władzą karania a nowoczesną władzą manipulacji: zamiast łamać kołem tych, którzy przekroczyli prawo, lepiej osaczyć wszystkich siecią mechanizmów służących utrzymaniu jednostek w ryzach Normy. Mechanizmów korekcyjnych, jak powiada francuski myśliciel, prostujących to, co skrzywione. Dewiacyjne. Lepiej zablokować każdą i każdego z nas w celi drobiazgowych normatywnych nakazów i zakazów. Realizowanych bezwiednie, bo wpojonych albo bardzo wcześnie, albo przekazanych za pośrednictwem Ekspertów.

Oto też rola Nauki, oczywiście Nauki Obiektywnej. Skoro Obiektywna, to znaczy: Prawdziwa. Skoro Prawdziwa, to znaczy: zamknij pysk i słuchaj. Obiektywnie ci opowiemy o Twoim życiu, pragnieniach, czynach, a Ty przyjmiesz tę narrację, tę historię, tę Wielką Interpretację i uwierzysz. I będziemy Cię mieć z głowy. Tak działa wiedza/władza. Psycholog, socjolog, seksuolog – Obiektywna Porada na każde żądanie.

Od razu uprzedzam: nikt za tym nie stoi. To władza kłączowata, ryzomatyczna. Nie ma ośrodka, nie ma centrum. Tak działa kultura. Ktoś kiedyś postanowił – słusznie, niesłusznie – że życie w grupie wymaga zasad. Żeby było bezpiecznie. Albo dlatego, że zawsze jest ktoś, kto chce porządzić. A także, ponieważ zawsze są ci, którzy uciekają od wolności i chcą świętego spokoju. A zatem muszą być zasady, bo jednym daje poczucie bezpieczeństwa i „ładu”, a innym władzę. Powstaje system władzy normatywnej, generującej „ład”. Wszyscy jesteśmy jego ofiarami, tyle, że on jednym sprzyja – i ci potrafią z tego korzystać – innych zaś anihiluje. Na przykład: w naszym „kręgu” system sprzyja mężczyznom – bo oni go kształtowali, odsuwając kobiety przez wieki od decydowania o czymkolwiek. Podstawowe instytucje były zarezerwowane dla mężczyzn. Oni mieli rządzić, nauczać, bronić, rywalizować między sobą w gospodarce kapitalistycznej. Dlatego system sprzyja mężczyznom: sami go urządzili. Ale co ważne: mężczyźni mają rywalizować, a nie uprawiać seks. Dlatego wykluczenie homoseksualizmu. System polega na tym, że faceci rządzą, kobiety słuchają. Jak by to wyglądało, gdyby w związku dwóch facetów jeden był podległy. Skandal. Zresztą dlatego wykluczenie kobiecego homoseksualizmu jest słabsze. Komu przeszkadzają dwie kobiety trzymające się na ulicy za rękę? Kobiety mogą się nawet kochać, byle facet mógł na to popatrzeć. Wygodne? Tak, dla niektórych. Ale nie z ich winy. Wina zaczyna się wtedy, gdy widzą, rozumieją i zgadzają się. Ludzie. Każdy i każda z nas. Bo to jest system niesprawiedliwy, oparty na przemocy, oparty na wykluczeniu: kobiet, pedałów, wszystkich odmieńców. Wrogiem nie jest jednak heteroseksualny mężczyzna. Wroga jest kultura. Wrogie są procedury przemocy. Wrogi jest wspierający je fanatyzm. Wrogi jest system, kłączowaty system przemocy.

A zatem: podmiot? Podmiot Historii – może, ale tylko heteroseksualny mężczyzna. Czyli ten, który zasymilował wzorzec męskości i wzorzec heteroseksualizmu. On jest podmiotem. Żyjemy w świecie urządzonym przez heteroseksualnych mężczyzn dla heteroseksualnych mężczyzn i korzystać z jego dobrodziejstw mogą heteroseksualni mężczyźni. Nie wszyscy mają ochotę być heteroseksualni, ale... nagroda jest wielka. A jak już się przemogą – ci, którzy mogliby wybrać inaczej - to zdarza się, że zaczynają bronić systemu. To jak fala wojskowa: jeśli ja to przecierpiałem, to to musi mieć sens. A im bardziej ten sens jest iluzoryczny, tym agresywniej trzeba go bronić. Cena? Ceną jest cierpienie i śmierć.

Warlikowskiego inscenizacja Oczyszczonych Sary Kane. Dwój gejów. Jeden uwięziony w pancerzu męskości, drugi uwięziony mniej. Wyznanie miłości. W tej kulturze mężczyzna mężczyźnie nie wyznaje miłości. Nie ma słów. Nie ma gestów. Paraliż, pustka. Bo tej miłości nie ma – znaczy – ma nie być. Wiec jak mówić? Każcie opowiedzieć Afrykańczykowi o śniegu. Co robić? Naśladować nieudolnie komunikację mężczyzna – kobieta? Czasem jedyne wyjście. No więc dobrze: jeden staje się „uwodzicielem”, „zalotnikiem”, drugi „chłodnym, wyniosłym macho”. Farsa. Tragifarsa. A jednak próbują opowiadać o tym, co do siebie czują. Pojawia się – Saro wybacz – Ekspert. Nadzorca Normy. Sam jest jej więźniem. Ekspert ma uniemożliwić mówienie o miłości. Próbujesz przekazać słowa? Amputacja języka. Język ma być heteroseksualny, albo ma go nie być w ogóle. Milcz albo mów „do rzeczy”. Jeśli nie, bełkoczesz. Jeśli bełkoczesz zbyt uparcie, potrafimy Cię wyciszyć. Rysujesz znaki miłości kredą na ziemi? Amputacja dłoni.

Męska dłoń to praca. Szorstka czułość dla „swojej kobiety”, wystarczająca dla przedłużenia gatunku. To wszystko. Poza tym – praca. Próbujesz tańczyć? Żałosne. Niemęskie. Amputacja nóg. Co zostaje?

Seks: jedyny sposób, zawierający w sobie tysiące sposobów. Na okazanie miłości, na przekroczenie barier, na szukanie szczelin w Eksperckim Więzieniu. A jednak: Foucault nie bez przyczyn pisał, że nowoczesne więzienie to Panopticon. Z każdego miejsca widać dokładnie, co robi więzień w danej chwili. Inaczej: nie ma, nie może być żadnej sfery życia niedostępnej dla władzy Eksperckiej. Seks poza władzą? To śmierć. Ekspert pyta inscenizowanych gejów: który z Was chce umrzeć? Nagle, nieoczekiwanie, to ten męski, niedostępny, oschły, charcze „Ja”! Krzyk. Cisza. To ostateczne przeznaczenie homoseksualistów w heteroseksualnym świecie: śmierć, niebyt, nieistnienie, bezsens. Miłość homoseksualna drażni, denerwuje, niepokoi, wywołuje agresję. Bo jest poza systemem. Bo oznacza transgresję, przekroczenie. Sprzeciw. Opór. Można zakazać mówić, pisać, tańczyć. Nie można zakazać kochać. Homoseksualna miłość to najdoskonalszy środek oporu. Kocham, więc jestem. Problem polega na tym, że mamy prawo kochać jedynie heteroseksualnie. Albo nie kochać wcale. Albo nie być. Ale paradoks: śmierć jest triumfem. Żałośnie patetyczne, ale aktualne? Czy rzeczywiście umrzeć z miłości to bohaterstwo?

Wypisać się z tego „pięknego, radosnego świata”, tak? Jeśli żyłeś/żyłaś naprawdę, do bólu, do głębin cierpienia to wiesz: żyć z miłości, to najgorsze i najtrudniejsze. Budzić się rano w świecie, gdzie ma mnie nie być! Śmierć jest łatwa. Więc nie, nie ma triumfu, nie ma „zwycięstwa po śmierci”. jest triumf tępego Eksperta, triumf Normy.

Bo postawmy to pytanie: czy możliwy jest opór? Foucaultowi zarzuca się, że odmalował nasz piękny świat w zbyt ciemnych barwach. Insynuują mu, że pod koniec życia się „nawrócił”. Tak, zawsze jest nadzieja, że gej stanie się heteroseksualny, a Foucault przepoczwarzy się w nowoczesnego filozofa podmiotu. Ale nadzieja jest matką... Opór – i pisał to Foucault właśnie u schyłku swego życia, gdy zdychał na AIDS – polega na czynieniu że swojego życia „dzieła sztuki”. Bacon. Francis Bacon – ciekawe, czy się znali. Obaj podobni: tworzyli z pogardą dla Normy, wywalali flaki cierpienia, śmierci, przemocy na wierzch. W swoim życiu tworzyli i niszczyli. Obaj zniszczyli się – ale Żyli. Życie wbrew Normie prowadzi do śmierci. Prędzej czy później przychodzi ta nagroda Ostatecznej Wolności od Normy. A poprzedza ją droga ku śmierci. Oto nowa teologia odmieńców, dewiantów, zboczeńców: od dziś poświęcimy nasze życie na poszukiwanie sposobów na dyskretne albo jawne podważanie Normy, która skazuje nas na śmierć. Odmienność to zaszczyt plunięcia w twarz Normie żerującej na cierpieniu, to zaszczyt przekraczania Normy tam, gdzie najbardziej w nas uderza. A zatem: lesbijki i geje, do seksu! Opór sprawdza się tam, gdzie najsilniej działa norma: w codzienności, w intymności. A więc w seksie – jeśli chodzi o normę heteroseksualną. I pisał Foucault – nie naśladujcie seksu heteryckiego, bo znajdziecie się w punkcie wyjścia. Szukajcie nowych sposobów wyrażenia pragnienia, nowych obszarów ciała, podatnych na erotyzację. Szukajcie nowych typów związków, którymi możecie zagrozić Tradycji. Dopowiem: szukajcie nowego świata, gdzie będzie tak wiele norm, że straci ona sens, który pakują nam do głów. I żeby przypadkiem nie wzbudzić wątpliwości: nigdy go nie znajdziecie. Ale szukanie jest oporem. Jest szansą na życie wbrew normie. Może coś się zmieni?

Nienawiść i agresja. Świadome lub nieświadome odrzucenie. Oto, z czym się spotykają ci, którzy usiłują mówić o tym, że otacza nas przemoc, której jesteśmy w stanie się przeciwstawiać. Że to my mamy pisać rozplenione sensy naszych żywotów, komponować jest w ramach „estetyki egzystencji”, jak pisze Mistrzyni, Maria Janion. Bo jeśli nie my je piszemy, to są one w nas pisane przez te procesy, które uczynią z nas tresowane małpki. Z Foucaultem radzili sobie na dwa sposoby: przerabiali go na rozmamłaną papkę i podawali w takim stanie, by był niestrawny. Nie czytajcie książek o Foucaultcie. Czytajcie Foucaulta. A drugi sposób: obrzucenie stekiem wyzwisk. Najbardziej podoba mi się określenie „kontrkulturowe klauny”. Tak wiedza/władza radzi sobie z tymi, którzy obnażają jej niegodziwości. To samo spotyka każdą i każdego z nas. W tym kraju – głównie agresja.

Hamlet w inscenizacji Warlikowskiego. Nagi Hamlet usiłuje przemawiać do matki. Nagość niech będzie na użytek tego tekstu symbolem wysiłku, by być (nie)sobą, czyli przekraczać to, co nam kultura „narzuca” – jak płaszcz okrywający nagość. W tej nagości Hamlet usiłuje przekonać matkę, żeby wyszła poza system niegodziwości, poza przestrzeń przemocy, cierpienia, śmierci. Ona nie słucha, nie chce, udaje, że nie chce. Gertruda Oniemiała. Nie jej wina, nie wina każdej i każdego z nas. Najpierw nas implantują. Potem przywykamy. Urządzamy się wygodnie. Po co to zmieniać? On, kobieta, ma słuchać męża, w zamian za to: szacunek, pieniądze. Co więcej potrzeba? Jakie to myślenie jest... potoczne. To nie wina tych, którzy są agresywni wobec homoseksualistów: takimi ich uczyniono i być może nikt im nie powiedział, że to bez sensu. A teraz jest za późno. Nagi syn błagający o to, by matka uwolniła się z pęt przemocy – najbardziej przejmująca scena w historii inscenizacji Hamleta. Bo okazuje się, że są rzeczy nieprzekładalne, że trzeba poczuć ból, cierpienie, przekleństwo przemocy, by odczuć potrzebę życia. Trzeba chcieć żyć. A wściekła potrzeba życia „po swojemu” jest zwykle gdzieś na dnie: rozpaczy, bólu, udręki, odrzucenia, samotności. Dopiero tam rodzi się ona: potrzeba życia: nie wegetacji, ale życia, które jest stawianiem oporu. Słowa nie przekonają. Bo słowa są częścią systemu: w socjologii mówią, kultura „przekłada się” na język, a przez język „:widzimy” kulturę. I jesteśmy załatwieni: nie potrafimy mówić o miłości do osoby tej samej płci, bo język staje kołkiem. Nie ma słów. Jeśli mówię do mojego partnera – ja, mężczyzna – „Mężu”, to jak to brzmi? Przecież mówię od razu to wszystko, co w tym pojęciu zaklęte: „Opiekunie Rodziny”, „Przewodniku Stada”, „Wsparcie i Opoko Nasza”, „Panie i Władco”. A zarazem mówiąc „Mężu” ustawiam się w pozycji „Żony”: uległej, posłusznej. Przesadzam? To poczytajcie różne quizy w kolorowych czasopismach pod ogólnym tytułem „Sto cech doskonałego męża/żony”. Zabawne jest to, że myślimy, iż jesteśmy szalenie niezależni od kulturowych wzorców, zresztą tak mieliśmy myśleć. Że wolni jesteśmy. A tymczasem w quizach drobiazgowo odtwarzamy kulturowe wzorce. Oczywiście – jedni mniej, inni bardziej. Ale odtwarzamy i nagi syn błagający o to, byśmy porzucili kłamstwo i zaczęli Żyć nas nie wzruszy. Nie przekona.

Burza w inscenizacji Warlikowskiego i postać Kalibana. Jego bełkot jest wstrząsający. Każde słowo staje mu kością w gardle. Bo to nie jego słowa, one przyszły doń razem z nie jego światem, nie jego kulturą, nie jego kłamstwem, nie jego intrygami, nie jego nienawiścią. Osaczyły go, uczyniły zeń niewolnika. Bo ten, który bełkocze, to prymitywny przygłup, nieprawda? Na podziw zasługują fajerwerki retoryki. A bezradny, bezładny bełkot? Na wzruszenie ramion. Ten, który bełkocze, to dziwak, odmieniec, przygłup. Można go, od biedy tolerować, jeśli będzie posłuszny. A jeśli stawi opór? Skandal, prymitywny rybolud stawia opór potężnemu Białemu Człowiekowi! Nie ceni jego Kultury! Tylko śmierć! Albo – no przecież żyjemy w cywilizowanych czasach nowoczesnych – pranie mózgu. Nas nie zaczarują różdżką. Nam wyrozumiale wytłumaczą, jacy jesteśmy Nierozsądni. Albo mniej wyrozumiale podleczą.

Wolność zaczyna się od przejęcia języka: lesbijki i geje próbowali to robić: zamienić „homoseksualistę” na geja (po angielsku: wesołego, kolorowego). I co? Ponoć dzieci w przedszkolu wyzywają się „Ty geju!”. Może więc zatem, zamiast uczestniczyć w języku, bełkotać? Świadomie niszczyć konwencje językowe, szukać takich sposobów pisania/mówienia, który będzie obok/ponad/wbrew? Szukać nie tylko nowych technik seksualnych, przekraczających zaklęcie seksu w heteronomie, szukać nie tylko nowych rodzajów związków, przekraczających te modele, które umacniają dominację męską, ale szukać także nowych sposobów komunikowania, przekraczających te wszystkie niezliczone procesy warunkowania, jakie są zaklęte w języku?

To oznacza także: szukać nowego sposobu uprawiania nauki tak, by wyłuskać ją z mechanizmów wiedzy/władzy. Nie chcę być Ekspertem. Jestem tym, który szuka: nowych dróg, nowych sposobów myślenia, nowych sposobów pisania: pisania na pograniczu. Pisania na pograniczu Normy i Nie-Normy: to po pierwsze. A zatem takiego pisania, które stara się unikać wplątanie w normę i „daje głos” temu, co wyklęte, odrzucone, niechciane. Dające głos marginesowi, który – jeśli mu się bliżej przyjrzeć – jest wszechmarginesem. Nie, nie chodzi o to, żeby to, co dziś nie-normalne, zajęło miejsce normy. Chodzi o pisanie Różnicy, o pisanie w Różnicy: na pograniczu sensu i bezsensu: bezsensu kulturowego, językowego, etycznego. Nie chodzi o zamianę pozycji: że zdominowanej na dominującą, chodzi o przywrócenie szacunku dla sposobu, w jaki się różnimy i o wymyślenie przestrzeni komunikacyjnej, kulturowej i społecznej respektującą tę wszechobecną Różnicę i wynikającą z niej różnorodność. Dlatego tak ważne jest pisanie na pograniczu: nie „w zgodzie z normą”, ale zarazem i programowo nie „przeciw-normie”. Chodzi o szukanie przestrzeni, gdzie norma jest po prostu nieistotna i budowania tam nietrwałych, niestabilnych, bezsensownych i rozplenionych opowieści. Anty-opowieści, przeciwstawnych nowoczesnym Wielkim Narracjom. Ten rodzaj pisania wymaga – po drugie – ekwilibrystyki na pograniczu dyscyplin, na pograniczu nauki i sztuki, na pograniczu zrozumiałości i bezsensu, na pograniczu bełkotu i eleganckiej precyzji. Po to, by szukać pisania mniej uwikłanego, a jednak porozumiewać się.

Teatr Warlikowskiego burzy nasze dobre samopoczucie „tych, którzy żyją w sprawiedliwym świecie”. Sięga po bezładne i bełkotliwe opowieści tych, którzy są skazani na milczenie, pozwala im przemawiać poprzez klasykę dramatu, czasem własnym głosem. Zawsze opowiada o cierpieniu, o tym, że otacza nas rzeczywistość nieprzyjazna, często wroga. O tym, że dla wielu z nas nie ma innego wyjścia z piekła cierpienia, niż poprzez śmierć. To teatr nagiego cierpienia, nie tylko że względu na nagość aktorów. Ale na dnie tego cierpienia, na dnie tego piekła rozpaczy, wściekłości, upodlenia jest miejsce – najczęściej jedyne – na czystą, nieuwarunkowaną miłość, jeśli to słowo w ogóle jest coś jeszcze warte. Miłość niezmordowanie poszukującą szczelin, by przemówić, miłość często w pustce, ciemności, nicości. Miłość bez nadziei. Miłość bez miłości. A może nie-miłość, bo tak bardzo jest ona odległa od tego, co kulturowo za miłość zwykło się uważać. Miłość w samotności, miłość odarta z czułych słów, z delikatnego dotyku, miłość brutalnego seksu, albo wyłącznie autoerotyczna, miłość bez budowa „wspólnej przyszłości”. Miłość do cieni. Teatr Warlikowskiego pokazuje, że żyjemy w przestrzeni społecznej, w której bezwzględnie niszczy się te wszystkie odmiany miłości, które nie są piękne pięknem „normatywnym”. Że skazują się na śmierć ci, którzy żyją inną normą niż Norma Uniwersalna. Przestają zasługiwać na miano ludzi, stają się przedmiotami. I może w tym ich ocalenia. Skoro jest tak, jak pisał Foucault, że „stawanie się człowiekiem” oznacza wtłaczanie w nas implantów norm, to może czas najwyższy przestać być człowiekiem? Tylko jak to zrobić?